Wpisy

  • poniedziałek, 25 stycznia 2016
    • Nawyki

      Bardzo fajną odmianą w ostatnim Wyzwaniu Minimalistki ogłoszonym przez Kasię z Simplicite było kształtowanie nawyków. Ja wybrałam sobie dwie aktywności, które zaniedbałam jakiś czas temu, a do których chciałam wrócić. Były to ćwiczenia "umysłowe" na stronie Lumosity oraz zapisywanie wydatków. Pomimo tego, że nie udało mi się wykonywać tych aktywności codziennie, to i tak jestem z tego ćwiczenia bardzo zadowolona.

      Po pierwsze 15 dni ćwiczeń na Lumosity (w tym 10 dni pod rząd, co najmniej 3 razy w tygodniu), to i tak dużo. Ponadto osiągnęłam inny ważny skutek - teraz pamiętam o tym, żeby to robić. Nawyk się ukształtował - nawet jeżeli któregoś dnia mi się to nie udaje z różnych przyczyn, to raczej nie dlatego, że o tym zapomniałam. Mam też nadzieję, że tak łatwo się od tego nie odzwyczaję, bo to naprawdę fascynujące narzędzie do poznawania swoich możliwości oraz ich rozwijania.

      Z zapisywaniem wydatków poszło mi jeszcze gorzej jeżeli chodzi o regularność, ale tu na szczęście łatwiej jest nadrabiać zaległości i można spokojnie robić to nawet co drugi, czy trzeci dzień. Najważniejsze, żeby sobie o tym regularnie przypominać, a ten efekt również udało mi się osiągnąć. 

      W pewnym sensie takim działaniem (chociaż tu raczej chodziło o pozbycie się złych nawyków) była też realizacja wyzwania o 30-minutowym skupieniu, czy o poświęcaniu czasu znajomym bez rozpraszaczy. Wydaje mi się, że udało mi się wdrożyć moment refleksji przed sięgnięciem po telefon, czy zmianą zakładki w przeglądarce - czy na pewno muszę teraz to zrobić, czy przypadkiem nie powinnam poczekać na inny właściwy moment.

      Trochę w duchu przekornej chęci realizowania rzeczy spoza listy Wyzwania Minimalistki otworzyły mi się też oczy na inne nawyki, które chciałabym u siebie stworzyć. Ale to już jest kwestia stworzenia realnych celów na 2016 rok.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 stycznia 2016 19:55
  • niedziela, 24 stycznia 2016
    • Czas minął

      Zakończyło się Wyzwanie Minimalistki. Okazało się, że mimo mojego bardzo entuzjastycznego nastroju na jego początku, nie udało mi się wykorzystać tego czasu na te zadania, które sobie wyznaczyłam. Postanowiłam zresztą, że tym razem zamiast z nich rezygnować na kolejne pół roku, spróbuję sobie wydłużyć czas na ich realizację do końca lutego. Zobaczymy, czy to coś zmieni. Może rzeczywiście to po prostu nie był właściwy czas i przeszkodziły mi prawdziwe obiektywne okoliczności. Jest też na szczęście kilka pozytywnych rzeczy do podsumowania, ale one zasługują na odrębny wpis.

      Tu jest lista rzeczy, których nie zrobiłam lub których realizację uznaję za niewystarczającą:

      1.     Nie kupuj NIC przez 3 dni - to w ogóle kusi mnie jako nawyk, np. jako jeden dzień tygodniu, czy 3 dni pod rząd w miesiącu (w tej wersji jest to dużo trudniejsze). Pisałam już o tym - czasem wydaje się to naciągane i bez sensu, ale w sumie jest ciekawym ćwiczeniem

      2.     Zaplanuj wymarzoną podróż - tu mam nawet do zaplanowania kilka podróży - mniej lub bardziej realnych w najbliższym czasie i bardzo chcę to zrobić, bo mam przeczucie, że to mi pomoże bardziej optymistycznie patrzeć w przyszłość.

      3.     Przejrzyj szufladę/szafkę/koszyk „na wszystko” - pierwszą turę tego ćwiczenia udało mi się wykonać, ale zaległości w tej dziedzinie są ciągle większe.

      4.     Oddaj zepsutą biżuterię do naprawy lub wyrzuć, jeśli nie nadaje się już do używania/przerobienia - to zadanie przepisuję z Wyzwania na Wyzwanie, bo ogólnie biżuteria jest jednym z niewielu obszarów, które zupełnie pozostały nietknięte na mojej drodze do porządkowania i minimalizowania. Czas to nadrobić.

      5.     Uporządkuj „papiery” (listy z banku, rachunki, faktury itp.) - tu nie ma co się zastanawiać, tu trzeba zamknąć się w pokoju z segregatorami na trzy godziny i po prostu to zrobić.

      6.     Zaplanuj cele na 2016 rok - to jest najpilniejsze zadanie, bo wypadałoby je zrealizować do końca stycznia. Jeżeli go nie zrealizuję, to z żalem, bo kusiła mnie lista konkretnych mierzalnych celów "ustawiających" ten rok. Wynika to głównie z tego, że mam wrażenie, że poprzedni rok przeciekł mi przez palce i nie chciałabym z takim uczuciem żegnać tego roku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 stycznia 2016 20:37
  • wtorek, 19 stycznia 2016
    • Remanenty

      Jednym z zadań, które pozostały mi po poprzednim Wyzwaniu Minimalistki było uporządkowanie i możliwe zminimalizowanie zbiorów zdjęć, papierowych i elektronicznych. Ponieważ moje papierowe zdjęcia ciągle są w starym mieszkaniu, to postanowiłam zabrać się za bałagan w folderach na moim komputerze. Nie mogę powiedzieć, żebym odniosła jakiś wielki minimalistyczny sukces, ale porządek udało mi się wreszcie tam zrobić, z czego jestem bardzo dumna. Jeżeli chodzi o kasowanie, to jest trudno, bo są to zbiory, do których jestem emocjonalnie przywiązana. Zdaję sobie jednak sprawę, że ciężko wracać do setek, czy nawet tysięcy zdjęć, więc w efekcie nie wracam do nich prawie nigdy. Dla podtrzymania sentymentu pewnie lepsze byłyby wyselekcjonowane pojedyncze egzemplarze (jak w starych papierowych albumach) które łatwo i szybko przywołają wspomnienia i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze podejmę jeszcze wysiłek zmierzający w tym kierunku. To był dobry pierwszy krok.

      Za to przy okazji zrobiłam inne wirtualne porządki, które długo odwlekałam w czasie, a które były już bardzo potrzebne. To tak w duchu, że Wyzwanie prowokuje mnie do pożytecznych aktywności pod warunkiem, że nie wpisałam ich sobie na listę.

      Udało mi się też zrealizować punkt związany z porządkiem w piżamach, co było dla mnie samej pewnym zaskoczeniem, bo nie była to pierwsza taka próba. Wystarczyło jednak spojrzeć na nie świeżym okiem i zastosować kilka prostych, podstawowych zasad - wyrzucamy wszystko, co jest zniszczone, niewygodne, niepasujące do mojego stylu i jest ze "złych" materiałów. Chwila stresu i wszystkie moje piżamy, poukładane systemem Marie Kondo mieszczą się w jednej niewielkiej szufladce. Przy okazji ten banalny w swej prostocie system układania ubrań zrewolucjonizował organizację mojej szafy. Nie wiedziałam, że utrzymanie porządku w szufladach i pudłach może być takie proste.

      Poległam za to przy próbie zrobienia remanentu w t-shirtach i chyba na jakiś czas sobie odpuszczę to zadanie, robiąc tylko niewielkie korekty przy okazji kolejnych wymian Kapsuły. Po prostu w tej kategorii ten podstawowy etap mam dawno za sobą i zostały mi głównie egzemplarze, które chcę nosić. Owszem, jest ich za dużo na moje potrzeby i w idealnej szafie miałabym ich o połowę mniej, ale nie jest to wystarczający powód, żeby je wyrzucać. Dodatkowy kłopot mam z koszulkami pamiątkowymi, których pozbywanie się podlega swoim własnym zasadom.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 stycznia 2016 21:53
  • sobota, 16 stycznia 2016
    • Okrycia wierzchnie - cz. II

      Kryterium, które przyjęłam jest to, że uwzględniam tu okrycia wierzchnie, które nie nadają się do przebywania w pomieszczeniu. Dlatego nie ma tu na przykład skórzanego żakietu, który wiosną i latem służył mi jako kurtka, ale jest kilka ubrań pośrednich do noszenia, kiedy temperatura jest pomiędzy 10 a 20 stopni, czyli w Polsce tak naprawdę całą wiosnę, lato i jesień.

      Pierwsze ubranie, to bawełniany płaszcz She's a Riot. Jest on minimalistyczny w formie, ale na pewno nie znalazłby się w mojej szafie, gdybym rygorystycznie ograniczała takich elementów mojej garderoby. Ponieważ jednak bardzo go lubię, to zostanie ze mną, aż się zużyje. Noszę go w temperaturach raczej powyżej 15 stopni, najchętniej z golfem albo kominem ze względu na duży dekolt. W tym roku dostałam też od Mamy cienką czapkę w czarno-białe pasy, która świetnie do niego pasuje.

      Druga kurtka pod względem grubości to lekko już sfatygowana asymetryczna fioletowa skórzana kurtka z Ochnika. Jest to dla odmiany ubranie bez którego nie wyobrażam sobie mojej szafy. Na najniższe temperatury trzeba ją trochę dozbroić, więc w tym roku często nosiłam ją pod grube poncho.

       

      Kolejna rzecz to mój barokowy płaszcz Desigual, raczej na niezbyt skrajne temperatury wiosną i jesienią. Tej jesieni na przykład nie zdążyłam go założyć, bo najpierw było na niego zdecydowanie za ciepło, a potem już potrzebowałam czegoś więcej. Nie jest on też niezbędnym elementem w mojej szafie, ale zdecydowanie najbardziej efektownym, więc na pewno się go nie pozbędę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      sobota, 16 stycznia 2016 12:04
  • piątek, 15 stycznia 2016
    • Okrycia wierzchnie - cz. I

      Od pierwszych jesiennych dni chodził za mną pomysł na wpis o odzieży wierzchniej. Chociaż nie uwzględniam ich w planowaniu Kapsuły, to też podlegają one podobnym zasadom - chciałabym mieć ich optymalną ilość i staram się w związku z tym monitorować ich wykorzystanie. Ten wpis ma mi to w jakiś sposób uporządkować, zaczynając od tego, czego ostatnio używam najczęściej.

      Kiedy temperatura spada poniżej 11 stopni, dla mnie zaczyna się zima. Stąd też potrzebuję lekkiej kurtki zimowej. Przez ostatnie kilka lat nosiłam egzemplarz, który kupiłam kiedyś na szybko w Białymstoku głównie dlatego, że w pociągu porwałam kurtkę, w której przyjechałam i było mi wstyd w takiej chodzić. Nie był to zakup idealny - kurtka jest w kolorze, w którym nie jest mi specjalnie dobrze, jest wypełniana jakimś sztucznym tworzywem, więc mocno nie grzeje i jeszcze do tego jest tak uszyta, że przepuszcza czasem wiatr. Ale jest wygodna i lekka, a po owinięciu się szczelnie szalikiem całkiem dobrze sprawdza się w łagodniejsze zimowe dni. Właśnie jednak leci do mnie jej zamiennik, który, mam nadzieję, będzie dużo bardziej perfekcyjny.

      Ten czarny wełniany płaszcz kupiłam głównie na okazje, kiedy wypada założyć również na wierzch coś bardziej eleganckiego. Nie jest to idealny krój - płaszcz jest wg mnie trochę za szeroki, ale dzięki temu jest też niesamowicie wygodny. Za to jego skład gwarantuje, że w nim nie marznę. W tym roku nosiłam pod nim dodatkowo cienką skórzaną kurtkę i nie było mi straszne nawet minus 15 stopni. Uwielbiam też go nosić z wełnianą chustą - czuję się wtedy jak rosyjska księżniczka.

        

      Ze względu na to, że ja zwykłe kurtki "puchowe" noszę przy temperaturach plusowych, musiałam też zaopatrzeć się w coś bardziej fachowego. Zależało mi też jednak na tym, żeby nie była to kurtka sportowa i żeby była z firmy gwarantującej jakość i technologię zapewnienia komfortu termicznego. Ponieważ jednak nie chciałam też wydać na nią fortuny, to do wyboru miałam tylko wzory, które dotrwały do wyprzedaży i stanęło na złoto-miedzianej kurtce Wellensteyn z ogromnym kapturo-kołnierzem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 15 stycznia 2016 21:31