Wpisy

  • piątek, 20 lutego 2015
    • Wyprzedaże

      Na fali dobrych postanowień noworocznych zaplanowałam sobie przerwę od zakupów ubraniowych na pierwszy kwartał roku, ale w połowie lutego doszłam do wniosku, że nie jest to najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę, że trwają wyprzedaże, a ja mam całkiem dobrze sprecyzowaną listę jesienno-zimowych ubrań, które są mi potrzebne. Analizując moje codzienne zestawy w ramach wyzwania Capsule Wardrobe, doskonale wiedziałam, które egzemplarze w mojej garderobie bardzo mi się na co dzień przydają, a zasługują na wymianę na nowszy model. Uzbrojona w taką wiedzę wyruszyłam więc do centrów handlowych na poszukiwania (mieszkając w Warszawie i mając dostęp do takiej oferty sklepów uważam, że zakupy ubraniowe przez internet to jednak ostateczność).

      Zakupy uważam za bardzo udane, gdyż udało mi się wreszcie wyszukać przeceniony czarny golf z całkiem przyzwoitym składem. Wybrałam też parę czarnych kozaków na płaskim obcasie, które zastąpią te, które nosiłam w tym sezonie prawie non stop, a które od jakiegoś czasu nie mogą już aspirować do miana eleganckiego obuwia. Listę zdobyczy zamyka nowy elegancki pasek do spodni, bo mój poprzedni postanowił się zupełnie rozkleić, a ja przyzwyczaiłam się ostatnio do noszenia takich dodatków.

      Dodatkowo jestem z siebie całkiem dumna, że nie uległam żadnym pokusom. Najtrudniej było powstrzymać się przed kupieniem pary uroczych Conversów we wzór z Maggie Simpson w bardzo okazyjnej cenie. Przed innymi pokusami uchroniła mnie między innymi zasada Made in Europe, bo niestety chociażby ubrania w nowo otwartym sklepie Desiguala w Złotych Tarasach, które oglądałam z lekką łezką w oku, nie spełniają tego warunku. Do tego też w dużej mierze ta zasada mi służy - wybierając spośród maksymalnie 20 procent oferty w sklepach, jeszcze łatwiej ograniczać swój impulsywny zakupoholizm. 

      Podsumowując - nie żałuję złamania swojego postanowienia. Za to rozpoczynam nową trzymiesięczną przerwę od zakupów. To powinno być wystarczająco dużo czasu, żeby określić realne potrzeby na sezon wiosenny i wtedy ewentualnie znowu w coś się zaopatrzyć. Celowo nie piszę - wybrać się do sklepów, bo wydaje mi się, że ja mogę po sklepach chodzić, analizować nowe kolekcje, wymyślać listy zakupowe na kolejny sezon i nie od razu powoduje to niekontrolowane wydatki. Wręcz przeciwnie - oglądanie bez kupowania również sprawia mi sporą przyjemność, szczególnie kiedy jest to podbudowane świadomością, że przynajmniej na najbliższe dwa miesiące tak naprawdę mam w szafie wszystko, co jest mi potrzebne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 20 lutego 2015 20:40
  • czwartek, 19 lutego 2015
    • Made in EU

      Jakieś kilkanaście miesięcy temu po zrobieniu kolejnego przeglądu mojej szafy, doszłam do wniosku, że na upartego mogłabym pewnie nie kupować ubrań przez najbliższe kilka lat i nadal mieć co na siebie włożyć. Od jakiegoś czasu spisywałam też wydatki i dzięki temu zobaczyłam, że skoro już wydaję na ubrania tyle pieniędzy, to można to chyba robić trochę bardziej świadomie. Wtedy podjęłam decyzję o kupowaniu ubrań wyłącznie produkowanych w Europie, a najlepiej w Polsce. W dużej mierze udało mi się tego postanowienia dotrzymać, a gdybym odkryła nowe źródło fajnych dżinsów, to właściwie nie miałabym z tym prawie żadnego problemu (jedna koszulka w groszki kupiona za dziesięć złotych pod wpływem impulsu się przecież nie liczy). 

      Na początku porzuciłam zupełnie popularne sieciówki i ograniczałam się do robienia zakupów na różnego rodzaju targach modowych, gdzie wystawiają się polscy projektanci. I chociaż zdecydowana większość asortymentu w takich miejscach to jest albo szara bawełna (a nie każdy ma taki pomysł na nią jak Risk Made in Warsaw) albo rzeczy w cenach zdecydowanie przewyższających moje możliwości finansowe, to jestem bardzo zadowolona, że coraz więcej rzeczy w mojej szafie pochodzi właśnie z tego źródła. Oczywiście liderem jest tu She's a Riot, od której kolekcji jestem zupełnie uzależniona.

      Ponieważ jednak nie wszystkie rodzaje ubrań za rozsądną cenę udawało mi się tam znaleźć, wróciłam do centrów handlowych, gdzie z uporem godnym być może lepszej sprawy, ubranie po ubraniu przeglądam metki w poszukiwaniu informacji o europejskiej produkcji. Muszę przyznać, że dzięki temu spotkało mnie kilka przyjemnych niespodzianek. Okazało się, że Big Star sprzedaje polskie swetry, w Orsay'u znalazłam kilka polskich sukienek, a Benetton wiele ubrań produkuje w innych krajach wschodniej i południowej Europy, np. w Chorwacji. Jak do tego dołożyć firmę Simple, która produkuje rzeczy niebezpiecznie dobrze pasujące do mojego gustu, a szyje wyłącznie w Polsce, to nie jest tak źle. 

      Niestety spotykam też coraz więcej polskich marek, które deklarują ekonomiczny patriotyzm, ale na metkach przezornie nie umieszczają żadnej informacji o kraju produkcji, co niestety mocno podważa moje zaufanie do ich dobrych intencji, a szkoda.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 lutego 2015 20:39
  • niedziela, 15 lutego 2015
    • Od marca

      Po czterech tygodniach praktykowania ubraniowych ograniczeń Capsule Wardrobe zaczyna mi się klarować pomysł na moją wersję tego ćwiczenia. Chciałabym od marca zacząć następną edycję i kiedy zaczęłam roboczo zastanawiać się nad listą ubrań na kolejne miesiące uświadomiłam sobie kilka rzeczy i postanowiłam ustalić nowe zasady.

      Po pierwsze - nie będę wybierała stałej listy ubrań wierzchnich. Zauważyłam, że dziewczyny, które to robią mieszkają zazwyczaj w Teksasie - tam owszem kurtka jest pewnie elementem stylizacji. W Polsce przez zdecydowaną większość roku to, w czym ostatecznie wyjdę z domu determinuje temperatura i w takich przełomowych miesiącach jak marzec powinnam mieć na liście na wszelki wypadek większość moich kurtek i płaszczy. Z butami jest trochę podobnie, ale postanowiłam jeszcze w kolejnym etapie zostawić je na liście, dlatego że z kolei w tym obszarze mojej garderoby panuje lekki chaos, który warto spróbować uporządkować. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

      Po drugie - uznałam, że trzy miesiące z jedną garderobą, to dla mnie jednak za długo (przynajmniej na początek). Już w pierwszym tygodniu miałam na sobie 80% ubrań z listy, a po miesiącu wszystkie oprócz najbardziej formalnej sukienki. Uważam, że kolejny miesiąc kombinowania z tym samym zestawem ubrań to wystarczająco długo, żeby się czegoś nauczyć i nie zwariować i nie zniechęcić się zupełnie do całej idei. Poza tym, wracając do naszego ukochanego klimatu, nasza pora roku to znowu nie to samo, co w Texasie. Między marcem a majem temperatury mogą różnić się na tyle, że zbudowanie spójnej garderoby na ten okres graniczyłoby z cudem. 

      Po trzecie - największa radość z tego podejścia do garderoby jest taka, że 30 ubrań zajmuje dość mało miejsca w szafie i dzięki temu doskonale widać, co w niej jest i wszystkie rzeczy mają w niej wystarczająco dużo miejsca. Dlatego nie czuję potrzeby, żeby ją znacząco zmniejszać. 

      Podsumowując - wyzwanie na marzec i kwiecień to 30 ubrań wliczając w to buty, nie wliczając kurtek i płaszczy oraz ubrań na specjalne okazje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lutego 2015 18:02
  • sobota, 14 lutego 2015
    • Styczeń i Luty

      Uff, nie było lekko, ale pierwsza sesja fotograficzna mojej Capsule Wardrobe za nami (bo gdyby nie Jacek, to nic by z tego nie wyszło). Postanowiłam nie prezentować butów i kurtek, bo doszłam do wniosku, że docelowo nie chcę ich uwzględniać w moich zmaganiach z garderobą. To dało równe 30 sztuk ubrań, które do celów tej prezentacji pogrupowałam w 17 zestawów. Oczywiście nie są to jedyne kombinacje, którymi się posiłkuję od połowy stycznia, ale też raczej na pewno jakieś zestawy do końca miesiąca się powtórzą.

      Najwięcej jest zestawów biurowych o różnym stopniu formalności.

      moja ulubiona biurowa sukienka, wyjście awaryjne z sytuacji, kiedy wymagany jest bardziej formalny dress code

      klasyka klasyki - szara spódnica za kolano i czarna koszula

      wersja "na bibliotekarkę", ewentualnie na te rzadkie dni, kiedy nie mam ochoty na czerń

      

      jedna z dwóch bluzek z krótkim rękawem w zimowym zestawie, gdyż czasami nawet mi bywa zimą ciepło

      bordowy sweterek z wszytą bluzką i czarna spódnica

      przytulny krótki sweterek z Simple z czarną rozszerzaną spódnicą

       

      Na szczęście w mojej pracy zazwyczaj można nosić dżinsy, ponieważ ja praktycznie w ogóle nie noszę innych spodni.

      zdjęcie niestety nie oddaje uroku tego zestawu: czarne rurki, a na górze dzieła polskich projektantów: tunika She's a Riot i kamizela Messo

       

      czarne rozszerzane dżinsy, czarna bluzka Simple z długim rękawem, szary żakiet marki BB sprzedawanej w nieodżałowanej Galerii Centrum

      niebieskie dżinsy z rozszerzanymi nogawkami, czarny golf (stary, ale nigdzie nie mogę znaleźć równie fajnego produkowanego w Polsce) i czarny żakiet

      bardziej dżinsowo do pracy się nie da - granatowe rurki, niebieska bawełniana koszula i kremowy sweter Big Star (swetry sprzedawane w tej sieci są produkowane w Polsce!)

      I zestawy bardziej weekendowe:

      do teatru wypadało się odrobinę postarać - świetna na każdą okazję sukienka Dama Pik od She's a Riot i sweterek z ozdobnym suwakiem od Lanti (polska firma, ale niestety brak informacji na metce i cena każą podejrzewać, że produkują poza naszymi granicami)

      trochę koloru w bardzo polskiej bluzce Vippi, moja ukochana bluza z guzikami, która przeszła już nawet farbowanie na czarno, żeby przywrócić jej formę

      tunika Desigual w podobnym klimacie na ożywienie bezsłonecznego stycznia

      wełniano-skórzany sweter od Eweliny Kosmal (nie, nie zapłaciłam tyle za niego) grzeje nawet z krótkim rękawem

      to strój na dni, kiedy potrzebne jest pocieszenie za wszelką cenę albo po prostu potrzebuję ciepłej i przytulnej bluzy - genialny projekt Lany Nguyen, mieszkającej w Warszawie projektantki wietnamskiego pochodzenia

      kolejny fajny sweter z Big Stara, do dżinsów na weekendy, ale ze spódnicą i do biura się nadaje

      koszulka z Old Navy i Levisy to strój na dni, kiedy nie ma czasu myśleć, co na siebie włożyć - niezbędna rzecz w każdej garderobie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      sobota, 14 lutego 2015 20:38
  • piątek, 13 lutego 2015
    • Ile?

      Istotą projektu Capsule Wardrobe, jak zresztą całego minimalizmu, jest określenie, jaka ilość rzeczy, czasu, pracy jest dla danej osoby wystarczająca. Jak bardzo można się ograniczyć nie tracąc podstawowego komfortu, a zyskując wolność od nadmiaru. Z tą myślą zaczęłam swoje przygotowania do wybrania ilości ubrań i ilości dni, na które miały mi one wystarczyć.

      Na początek chciałam napisać o tym, że każdy pomysł na to wyzwanie ma swoje ograniczenia dotyczące tego, jakie ubrania się "nie liczą". Zazwyczaj jest to wszelkiego rodzaju bielizna (wliczając w to piżamy, koszulki i skarpetki), ubrania do ćwiczeń, okrycia wierzchnie i dodatki. Różne jest podejście do ubrań wyjściowych. To jest o tyle istotne, że wpływa na to, jak trudne (bądź łatwe) jest zmieszczenie się w określonym limicie.

      Szafa Minimalistki (hmm... może to jest właśnie to dobre tłumaczenie Capsule Wardrobe, którego nie mogę od paru tygodni znaleźć), którą długo propagowała Kasia z bloga Simplicite składała się z 7 ubrań na 7 dni. W to były wliczone buty, ale nie okrycia wierzchnie. Ja tę opcję intuicyjne od razu odrzuciłam, ponieważ daje ona najmniejsze pole manewru w trakcie trwania takiej "sesji" i wymaga żelaznej dyscypliny w planowaniu swoich ubraniowych potrzeb na ten czas, a ja tego nie lubię. Trenowałam takie podejście podczas częstych delegacji, na które brałam co prawda pewnie więcej niż 7 ubrań, ale mimo wszystko byłam takim ograniczeniem bardzo zestresowana. 

      Obecnie zresztą Kasia ćwiczy wariant 15 ubrań na miesiąc, aczkolwiek zupełnie nie dlatego, że czuła się poprzednią wersją ograniczona. Przeciwnie, ona traktuje to jako większe wyzwanie, co zresztą pokazuje, jak fajnie ludzie się od siebie różnią, a mimo to mogą mieć wspólne cele.

      Ja postanowiłam zacząć od przeciwległego końca - zainspirowała mnie Caroline z Un-fancy, która proponuje 37 ubrań na trzy miesiące stanowiące umowną porę roku (ale za to razem z płaszczami i kurtkami) i od tego zaczęłam korzystając z tego, że do końca zimy zostało tylko półtora miesiąca, co dało mi szansę na łatwiejszy "próbny" rozbieg. 

      PS. Na jutro jest zaplanowana sesja fotograficzna, która pozwoli pokazać, co mniej więcej z tego wyszło.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 13 lutego 2015 21:42