Wpisy

  • sobota, 29 września 2012
    • Miesiąc

      Właśnie mija miesiąc od założenia bloga. To, co od początku chciałam z siebie wyrzucić, wyrzuciłam. Trochę się pochwaliłam tym, co mi się udało zrobić, trochę się podzieliłam swoimi przemyśleniami na temat robienia porządku ze swoim życiem. Trochę paru osobom dostarczyłam uciechy. Kogoś podobno zainspirowałam.

      Wygrałam też zakład, bo Jacek nie wierzył, że starczy mi entuzjazmu na dwadzieścia wpisów. Spadek częstotliwości wrzucania tu kolejnych notek nie jest jednak związany z tym, że tylko to mnie motywowało. Po prostu nie chcę teoretyzować, tylko pisać o tym, co mi się udało zrobić albo przynajmniej wymyśleć, a nie dzieje się to codziennie. 

      Gdyby przyjąć najbardziej uproszczone rozumienie minimalizmu, to to spowolnienie byłoby niezrozumiałe - w końcu ciągle w moim mieszkaniu jest dużo niepotrzebnych rzeczy i parę kategorii zostało do opisania. Ponieważ jednak traktuję to wszystko jako przygodę, wypróbowanie innego sposobu myślenia, zarządzania sobą, czasem i rzeczami, to nie chcę zmierzać najkrótszą drogą do celu, tylko pozwolić sobie na chwilę refleksji i poczekać na kolejne impulsy, zamiast się do czegoś zmuszać. 

      Najważniejsze jest jednak to, że to pisanie, chociaż kosztuje mnie trochę czasu i intelektualnego wysiłku, pewnie nieproporcjonalnego do efektu, sprawia mi przyjemność. Jest to kolejna rzecz, którą zawsze lubiłam i planowałam robić, ale "nie miałam czasu", co oznacza, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że niewystarczająco tego chciałam. A teraz nabrałam motywacji. Żeby było zabawniej, to te dwa zjawiska napędzają się nawzajem - chcę coś produktywnego robić i dokumentować, więc o tym piszę, ale też chcę pisać, więc mobilizuję się, żeby zrobić coś wartego opisania. Bo ciężko pracować nad formą, jak nie ma pomysłu na treść.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      sobota, 29 września 2012 10:04
  • piątek, 28 września 2012
    • Stres

      Byłam właśnie na dwudniowym szkoleniu o radzeniu sobie ze stresem. Jestem bardzo ciekawa, czy na dłuższą metę coś się w moim podejściu do świata z tego powodu zmieni, ale muszę przyznać, że usłyszałam tam parę interesujących rzeczy, którymi chętnie się podzielę.

      Po pierwsze - oczywista oczywistość - nie należy przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Akceptować rzeczywistość taką jaka jest. Poświęcać energię na wymyślenie i zrealizowanie tego, co ja mogę w danej sytuacji zrobić (nad czym mam kontrolę), a nie zmianę obiektywnych okoliczności. 

      Na przykład wczoraj w prywatnej przychodni było półgodzinne opóźnienie w przyjmowaniu pacjentów, a ja się spieszyłam na brydża. Oczywiście w pierwszej chwili się wściekłam. Potem jednak chwilę pomyślałam i doszłam do następujących wniosków. Po pierwsze, odpowiadając sobie na kluczowe pytanie "po co to robię?", nie znalazłam absolutnie żadnej korzyści, którą mogłabym osiągnąć złoszcząc się czy wszczynając awanturę. Po drugie, doszłam do wniosku, że nie mogę zrezygnować z tej wizyty. To nie pozostało mi nic innego niż wyciągnąć komórkę ze ściągniętym ostatnim numerem "Polityki" i czekać. Przepraszaniem znajomych za spóźnienie też zajęłam się po dojechaniu na miejsce, zamiast przejmować się tym na zapas.

      Jednak najbardziej zaskakującą propozycją wynikającą z tego szkolenia jest unikanie konfliktu (prawie) za każdą cenę. Odpuszczanie. Nie mogłam tego zaakceptować, ponieważ dla mnie oznaczało to poddanie się bez walki, porażkę, chociaż doskonale wiem, ile energii kosztuje mnie konflikt. Po każdej sytuacji, w której nie panuję nad emocjami, to ja czuję się, jakby mnie przejechał czołg. Osoba, na którą się wkurzyłam często tego nawet nie zauważa, a ja chodzę jak struta przez trzy dni. Więc, co jest warte takie zwycięstwo? I ile produktywnych rzeczy można zrobić z tak zaoszczędzoną energią?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2012 22:42
  • poniedziałek, 24 września 2012
    • Zakupy

      Byłam ostatnio kilka razy na zakupach w centrach handlowych i zaobserwowałam zmianę w moim podejściu do tego zajęcia. Przede wszystkim z czterech wcale nie tak krótkich wypraw wróciłam do domu z dwiema naprawdę fajnymi i potrzebnymi mi rzeczami. Wstrzymywałam się z tym wpisem chwilę, bo nie jestem do końca pewna, czym to jest spowodowane. Czasami bywało już tak, że nic mi się w sklepach nie podobało, bo dopadał mnie markotny nastrój albo w danym sezonie weszła jakaś wyjątkowo paskudna moda.

      Na przykład, kiedy modne były buty z czubami, to nie kupiłam ani jednej pary chyba przez trzy lata. Fakt, że skończyło się to tak, że rzuciłam się potem na pierwsze pantofle z okrągłym czubkiem, jakie zobaczyłam. Pech chce, że mają one dziesięciocentymetrowe cienkie obcasy i nałożyłam je w życiu dwa razy. Niestety mam do nich sentyment, więc przetrwały ostatnią czystkę. 

      Ostatnio za to, mniej lub bardziej świadomie, staram się hołdować zasadzie opisanej bardzo fajnie przez Ajkę na jej blogu:

      Wybrałam się do centrum handlowego (...) z nastawieniem, że jeśli nie znajdę takich ubrań, jakich szukam, wrócę do domu z niczym, a nie z tym, co będzie mniej więcej takie, jak sobie wymyśliłam.

      W życiu nie odłożyłam po mierzeniu tyle rzeczy, co przez ostatnie dwa tygodnie. Nie kupiłam nic tylko dlatego, że było "właściwie całkiem fajne" i skoro spędziłam tyle czasu w przymierzalni, to głupio mi wyjść z pustymi rękami. Szukałam bardzo konkretnych dwóch rzeczy i jak je znalazłam, to je kupiłam. Do tego udało mi się też znaleźć ubrania o trochę lepszej jakości niż to, co zazwyczaj z pośpiechu kupowałam w pierwszej sieciówce z brzegu. Kosztowało to trochę czasu, odrobinę frustracji, ale ani trochę nie żal mi miejsca, które te nabytki zajmą w mojej coraz lepiej domykającej się szafie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 września 2012 22:17
  • piątek, 21 września 2012
    • Kwadrans

      Przez wiele lat, jako dość bałaganiarskie dziecko, słyszałam, że utrzymywanie porządku naprawdę nie jest trudne i zajmuje tylko parę minut dziennie. Nic mi z tego nie wychodziło i się nie zgadzało. Porządki, jak już się na nie decydowałam, zabierały dwa dni i były na tyle generalne, że nierzadko kończyły się większym chaosem niż był przed ich rozpoczęciem. Kiedy już mieszkałam sama tym bardziej milion rzeczy do zrobienia zbierało się w jeden ogromny nieporządek, za który nie miałam siły się zabrać.

      Główną przeszkodą było to, że pracującemu człowiekowi ciężko jest odmówić sobie odrobiny odpoczynku po przyjściu do domu, a potem zmuszać się do nudnych porządków, jak się ziewa i trzeba się wyspać przed kolejnym dniem w biurze.

      Ostatnio jednak nabrałam zaskakującego dla mnie nawyku - codziennie rano poświęcam piętnaście minut na sprzątanie. Tak się nam ułożył poranny grafik, że z reguły zostaje mi trochę czasu między wyszykowaniem się do pracy a godziną wyjścia i właśnie wtedy, na początku z nudów, zaczęłam układać ubrania, wieszać pranie, zbierać jakieś śmieci, zmywać i robić różne inne drobiazgi, na które zawsze mi szkoda było czasu i do których musiałam siebie (albo kogoś) po południu zmuszać. A rano przed pierwszą kawą i tak do do bardziej ambitnych zadań i tak się jeszcze za bardzo nie nadaję. Również z tego powodu jestem pewna, że jest to dużo lepsze spożytkowanie czasu niż dotarcie przed dziewiątą rano do pracy.

      Nie mogę się ciągle nadziwić, ile jestem w stanie zrobić w kwadrans. Oczywiście, nie sprawia to, że mieszkanie lśni i jest tam idealny porządek, ale jakoś tak przyjemniej wygląda, jak się do niego po dziewięciu godzinach wraca. I z czystszym sumieniem można popołudnia poświęcić na przykład na oglądanie seriali.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 21 września 2012 23:48
  • czwartek, 20 września 2012
    • Kalendarz

      "Będąc młodą informatyczką" nie powinnam może być aż tak dumna jak jestem z prostego faktu skutecznego zsynchronizowania swoich kilku elektronicznych kalendarzy na komórce. Ale jestem. Niby teoretycznie w telefonie z Androidem powinno być to banalne, ale mi jednak poprawne ustawienie wszystkich opcji zajęło prawie rok. W końcu jednak wszystkie moje zapiski są w jednym miejscu i to jeszcze takim, które mam zawsze pod ręką.

      Nie zliczę, ile razy umawiałam się z kimś zupełnie nie pamiętając, że mam na dany dzień już inne plany. Jak muszę sobie nagle przypomnieć, kiedy mam czas, to moje zwykłe zapominalstwo zmienia się w kompletną amnezję. Raz odwoływałam rezerwację w hotelu na weekendowy wypad, bo niechcący zrobiłam ją na Wielkanoc. Bilety na "Upiora w Operze" też dwa razy kupiłam na jakiś idiotyczny i zupełnie nie pasujący mi termin. 

      Od kiedy mam do zapamiętania statystycznie więcej niż dwie rzeczy zaplanowane na każdy tydzień (brydż i hebrajski), musiałam wesprzeć się jakimś narzędziem. Nawet kupiłam sobie papierowy kalendarzyk, w którym od czasu do czasu coś zapisywałam. Tylko oczywiście zawsze zapomniałam tam zajrzeć przed ustaleniem kolejnego terminu. To samo było z prowadzeniem kalendarza w komputerze. Wprowadzało się dane bardzo sympatycznie, tylko kompletnie nic z tego nie wynikało. Dlatego zdecydowałam się na korzystanie z kalendarza w komórce. I o ile w BlackBerry się to nawet jako tako sprawdzało, to mój kolejny telefon z Androidem 2.1 potrafił mi z zaskoczenia pousuwać wprowadzane do niego informacje, co mnie zupełnie zniechęciło do korzystania z takich udogodnień.

      Na szczęście mam to za sobą. Mój obecny telefon wszystko za mnie pamięta. Ja muszę tylko pamiętać o telefonie. Na całe szczęście w tym dzielnie wspiera mnie Jacek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 września 2012 22:56