Wpisy

  • poniedziałek, 15 października 2012
    • Spacer

      Niestety jest już połowa października i muszę zaakceptować fakt, że coroczny wrześniowy przypływ energii w tym roku też nie potrwał zbyt długo. Parę dobrych nawyków opisanych na tym blogu mi zostało, ale na nowe przedsięwzięcia na razie nie mam energii.

      Żeby jednak nie kapitulować zbyt łatwo postanowiłam napisać dzisiaj o spacerach. Nie należę do przesadnie aktywnych osób, ale spacery akurat lubię. Pod warunkiem, że ktoś nie rozumie przez to pojęcie 15-kilometrowego marszu przez Warszawę w upalny dzień. 

      Dzisiaj w porze lunchu musiałam coś załatwić i akurat najsensowniejszą metodą dostania się w to miejsce było przejście na piechotę chodnikiem między szerokimi trawnikami, na których rosły dorodne kasztany. Dzisiaj w Warszawie w dzień było ponad 15 stopni Celsjusza i świeciło słońce, więc niewiele więcej potrzebowałam do szczęścia. Nie mam niestety zdjęć ani z samej trasy, ani pojedynczych przepięknych liści, których od paru tygodni nie zbieram głównie dlatego, że staram się już nie znosić do domu rzeczy tylko dlatego, że są fajne. W moim ciągle jeszcze zagraconym mieszkaniu nie byłoby szansy na to, by je jakoś wyeksponować i by mogły cieszyć oko.

      Samotny spacer jest namiastką podróży, świetnie nadaje się na przemyślenie różnych spraw, odreagowanie stresów i emocjonujących sytuacji. Jak jest mi źle, to najgorsze co mogę zrobić, to ulec instynktowi i skulić się pod kocem. Na pewno wtedy będzie coraz gorzej. Ruch, świeże powietrze, a nawet zmęczenie, uspokajają mnie, pozwalają spojrzeć na świat z innej perspektywy. Świat zewnętrzny, szczególnie tak piękny jak dzisiaj, jakieś ładne drzewo, kwiat, chmura, światełka (jedyna fajna rzecz w coraz wcześniejszych wieczorach), ludzie dookoła, to wszystko każe się uśmiechnąć i pomyśleć, że dobrze jest.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Spacer”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 października 2012 22:02
  • środa, 10 października 2012
    • Piękne

      Jedną z zasad minimalizmu jest PPP - Pożyteczne, Pamiątkowe, Piękne. Każda rzecz musi znaleźć się w jednej z tych kategorii, żeby warto było ją zostawić. Od kiedy o tym usłyszałam staram się w ten sposób patrzeć nie tylko na mój dobytek, ale też na każdą nową rzecz, którą zamierzam kupić. Bardzo bym chciała, żeby większość moich nabytków łączyła przynajmniej dwie z tych cech. O kupowaniu pożytecznych pamiątek też pewnie kiedyś będzie wpis (pewnie po urlopie), bo to bardzo ciekawa dla mnie kwestia, ale w tej notce chciałam podzielić się bardzo przyjemnym doświadczeniem z posiadania rzeczy pięknych i pożytecznych.

      Wiem, że to przyjemne między innymi dlatego, że posiadam trzy torebki Katsu,  w tym takie dwa cuda:

                                       

      Każdy projekt Kasi sprawia, że ludzie uśmiechają się do Ciebie na ulicy. Dwie inne moje rzeczy, które dają taki efekt, to ubrania z Desiguala.

      Zauważyłam, że chodząc po sklepach szukam przedmiotów, które właśnie tak pozwolą mi się czuć. Bo w sumie po moich remanentach wiem, że mam ubrania, torebki i buty w sporych ilościach i jeżeli mam wydać pieniądze na coś nowego, to chcę, żeby to przetrwało następną czystkę w szafach - żeby było piękne. I pożyteczne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      środa, 10 października 2012 21:07
  • piątek, 05 października 2012
    • Jedzenie

      Ostatnio otwierając lodówkę przypomniałam sobie o temacie, o którym dość rzadko się czyta na minimalistycznych blogach - o kupowaniu jedzenia. Może akurat autorzy, których czytałam nie mieli z tym problemu. Ja miałam.

      Mam taką nieprzyjemną w skutkach cechę, że dużo bardziej lubię kupować jedzenie niż gotować i jeść. Kończyło się to wiecznie zapchaną lodówką, szafkami i szufladami w kuchni i niestety ogromnym marnotrawstwem. Próbuję usprawiedliwiać się dzieciństwem w czasach niedoborów, ale wiem, że to marna wymówka. Po prostu nie mogłam powstrzymać się od kupowania tych wszystkich fajnych kolorowych torebek, pudełek i słoiczków z myślą, że przecież na pewno będę kiedyś miała ochotę na trzy rodzaje dżemu, będę robiła sobie sto rodzajów makaronu albo wykorzystam opakowanie cynamonu do jakichś wypieków. Rzeczywistość za to wygląda taj, że śniadań nie jadam, na obiady chodzę w różne miejsca, żeby wyjść z biura, a na kolację najchętniej wcinam świeżą bułkę z szynką. 

      Od jakiegoś czasu trzymamy się więc zasady, że kupujemy jedzenie tylko na bieżąco w porcjach na góra dwa, trzy dni. Oprócz wody i mleka, którego większe zapasy przywozi nam już prawie zaprzyjaźniony pan ze sklepu internetowego. Dotarło do mnie w końcu, że w odległości 20 minut piechotą od domu mam kilkanaście sklepów i sklepików spożywczych, w tym dwa całodobowe. Jeżeli już zechcę coś ugotować, to pójdę do sklepu i kupię konieczne składniki. Staram się nie kupować nic tylko dlatego, że wydaje mi się, że może w ciągu najbliższych dwóch tygodni będę miała na to ochotę. Będę miała, to sobie kupię... A jak zabraknie, to trudno, przeżyję.

      Mimo wszystko czasami zdarza nam się coś wyrzucić, ale najczęściej wtedy, kiedy jest to sprzedawane w dużych porcjach i niejako musimy kupić tego czegoś za dużo. No i zdarza się to coraz rzadziej, co jest nie tylko minimalistyczne, ale też i oszczędne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 05 października 2012 22:37