Wpisy

  • czwartek, 06 września 2012
    • Woda

      Kiedy zaobserwowałam u siebie pierwsze objawy wewnętrznej przemiany zainspirowanej minimalizmem, byłam bardzo ciekawa, jak to się dalej potoczy. Jeszcze jest za wcześnie, żeby wyciągać daleko idące wnioski, ale parę ciekawych rzeczy się wydarzyło.

      Jedną z najbardziej zaskakujących zmian, jakie u siebie zaobserwowałam, było przełamanie mojej wieloletniej niechęci do picia zwykłej niegazowanej wody. Od lat czytałam, że to zdrowe, wiele razy próbowałam i zawsze się kończyło tak samo. Jak nie miałam przy sobie nic innego do picia, to mogłam przetrwać kilkugodzinną podróż pociągiem w środku lata, a butelki nie otworzyłam.

      Ratowałam się różnymi herbatkami, które zawsze mniej lub więcej musiałam posłodzić i smakowymi wodami, do których (szczególnie polscy) producenci upierają się dosypywać jakieś absurdalne ilości cukru. Wiedziałam, że źle robię, ale nie mogłam przestać.

      Dlatego, kiedy pewnego dnia na obiedzie poczułam silną potrzebę zamówienia do pizzy wody zamiast standardowej butelki coca-coli (no bo jak to, pizza bez coli?), to bardzo mnie to zaskoczyło. A jeszcze bardziej się zdziwiłam, że woda z cytryną bardzo mi smakowała i wypiłam ją do końca zamiast standardowych dwóch-trzech łyków. I tak sobie to trwa już od ponad tygodnia. W domu nawet pokusiłam się o przygotowanie sobie dzbanka wody z cytryną i miętą, co było zupełną rozpustą. A zgromadzone zapasy słodkiej wody dopijam, bo tak szybciej i łatwiej, ale jakoś to już nie to.

      Do opisania tego dzisiaj zainspirował mnie kolega, który opowiadał, jak się zezłościli z żoną, że pani przedszkolanka dała jego dziecku kompot, chociaż dziecko do tej pory piło tylko wodę. I pomyślałam ze smutkiem, że ono za 30 lat pewnie się nie ucieszy, że jest lepsze niż kiedyś, bo oduczyło się pić tylko słodzone napoje. A ja cieszę się z tego bardzo. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2012 20:52
  • środa, 05 września 2012
    • Brydż

      Zawsze miałam w głowie listę rzeczy, którymi chętnie zaczęłabym się zajmować "jakbym miała czas". Nie bardzo wiedziałam, co to miałoby dokładnie znaczyć, bo w sumie, oprócz krótkich okresów lekkiego pracoholizmu, nigdy nie miałam jakichś przytłaczających obowiązków, które pewnego dnia mogłyby zniknąć tajemniczo zwalniając duże ilości wolnego czasu. Dość długo żyłam w irracjonalnej obawie przed podejmowaniem długoterminowych regularnych zobowiązań, bo nie wyobrażałam sobie, żeby na coś poświęcić 1/5 wolnych popołudni. Aż wreszcie zrozumiałam, że jedyny sposób, żeby zacząć się zajmować jakimś hobby, to podjąć decyzję, że od teraz na to czas musi się znaleźć.

      Bardzo dobrą okazją było skompletowanie czwórki brydżowej. Przez jakieś 8 lat od przyjazdu do Polski próbowaliśmy z przyjaciółmi znaleźć "czwartego" do brydża. Czasem się to udawało na kilka spotkań, ale raczej rzadko. Kiedy wreszcie taką czwórkę udało się na stałe skompletować, to "poświęcenie" na brydża jednego albo nawet dwóch wieczorów w tygodniu przestało być problemem i wszystko (no, prawie wszystko) udało się do tego dopasować. Nawet słowo "poświęcić" zupełnie przestało tu pasować.

      Wniosek jest właściwie banalny - wszystko w życiu jest kwestią priorytetów i jak się ma do czegoś odpowiednią motywację, to większość przeciwności znika.

      Ciekawszy jest jednak wniosek odwrotny - jeżeli znalezienie na coś czasu przychodzi mi z dużym trudem, to może powinnam dobrze się zastanowić, dlaczego to robię albo staram się robić. Pewne rzeczy są oczywiście przykrą koniecznością i nie da się ich zupełnie uniknąć, ale niektóre być może robię tylko z przyzwyczajenia, chęci zaspokojenia jakichś społecznych konwenansów czy czyichś oczekiwań i może nie warto ich na siłę wpasowywać w kalendarz albo stresować się tym, że je zaniedbuje. W tym też trzeba zrobić remanent.

      Poniżej logo Klubu Brydżowego prowadzonego przez mojego Tatę (zaprojektowane przez moją Siostrę), gdzie spędzam wieczory na graniu w brydża, kiedy jestem w Chicago.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Brydż”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2012 17:09
    • Biurko

      Jak już myślałam, że mój entuzjazm do sprzątania zupełnie się wyczerpał, bo prace zmierzające do odgruzowania mieszkania z niepotrzebnych przedmiotów przestały posuwać się do przodu, Nowa Lepsza Ja dopadła mnie w pracy.

      Pracuję w tej samej firmie 2,5 roku, w międzyczasie zmieniałam miejsce pewnie z 5 razy. Zupełnie nie sprawdziła się tu zasada, że częste przeprowadzki zapobiegają gromadzeniu niepotrzebnych rzeczy, bo za każdym razem cały mój 'dobytek' lądował w kartoniku i zostawał przeniesiony w nowe miejsce. I tam dalej się kurzył.

      Niby nauczona doświadczeniem powinnam wiedzieć, że kawałek papieru wydrukowany kilkanaście miesięcy temu i leżący na dole pokaźnego stosu innych kawałków papieru nigdy, ale to nigdy nie zostanie więcej wykorzystany. Przede wszystkim dlatego, że nie nie pamiętam już o jego istnieniu, a po drugie, że jeżeli informacji nie ma nigdzie na twardym dysku, to raczej nie jest ważna i do niczego potrzebna. Ale zawsze myśli, że "skoro już to wydrukowałam, to niech leży" i "to się jeszcze może przydać" były silniejsze od rozsądku. No i zawsze w pracy udawało mi się znaleźć ważniejsze lub ciekawsze zadanie niż sprzątanie.

      I tu nagle, pewnego popołudnia, poczułam, że dłużej tak być nie może. Z ogromnych stosów papierów zapełniających moje biurko oraz szuflady szafki w ciągu dosłownie dziesięciu czy piętnastu minut wyłuskałam kilka istotnych dokumentów, jakieś materiały szkoleniowe (które w sumie też mają wartość głównie symboliczną) i parę czystych notatników. Cała reszta wylądowała w niszczarce. Najbardziej w tym zdarzeniu zaskoczyło mnie, jakie to było proste i o ile fajniej pracuje mi się bez tego bałaganu. Czyli kolejny argument, że warto!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2012 00:04
  • poniedziałek, 03 września 2012
    • E-czytanie

      W moim życiu był pewien rok, a może dwa, kiedy bardzo brakowało mi fajnych książek. Strasznie cierpiałam z tego powodu i postanowiłam wtedy nigdy już nie dopuścić do podobnej sytuacji, więc jak tylko sytuacja się zmieniła, zaczęłam robić zapasy. Kiedy mieszkałam w Stanach, to w czasie wakacji polowałam na polskie nowości. Kiedy przeprowadziłam się do Polski, obowiązkowym punktem programu podczas pobytu w Stanach była wizyta w księgarni. A potem polubiłam amazon.com i merlin.pl i już byłam zgubiona.

      Dość długo nie przychodziło mi do głowy, żeby zaopatrzyć się w elektroniczny czytnik. Nie chodziło mi nawet o słynny romantyczny szelest kartek i zapach papieru, ale po prostu obawiałam się, że i tak większości książek, zwłaszcza polskich, na niego nie dostanę, więc nie rozwiąże to mojego problemu z ilością tomów i tomików wysypujących się z kolejnych półek. Jednak  kilka osób cierpliwie rozwiewało moje wątpliwości (dzięki!) i w końcu zdecydowałam się na Kindle.

      Co to zmieniło? Po pierwsze, od tego czasu nie kupiłam żadnego papierowego wydania angielskojęzycznej książki. Po drugie, Amazon pozwala na prenumeratę akurat tych dwóch (polskich) tygodników, które czytam, więc nie gromadzę tyle makulatury. Po trzecie, Empik zaczął prowadzić sprzedaż ebooków w formacie mobi, co sprawiło, że ostatnie dwa wymarzone tytuły kupiłam już w wersji elektronicznej.

      Książki zakupione na Kindle w innym przypadku zajęłyby kolejną półkę, której w moim mieszkaniu już niestety nie ma. Czuję się uratowana.

      A poza tym, czytanie w jakiejkolwiek podróży jest dzięki czytnikowi i jego wersji na komórkę, sto razy łatwiejsze. Zaczynając od unikania problemów z trzymaniem grubej książki jedną ręką w tramwaju, kończąc na braku konieczności zabierania ze sobą dodatkowego ciężaru czy to do torebki czy walizki.

      No i na koniec, nie mogłam się powstrzymać:

      Ten komiks i dużo więcej na tym blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 września 2012 21:59
  • niedziela, 02 września 2012
    • Ciuchy

      Skoro było o butach, to naturalnym kolejnym krokiem jest opis optymalizowania garderoby. Jest to oczywiście spore wyzwanie budzące wiele różnych emocji, a ja na razie podjęłam dopiero pierwsze nieśmiałe kroki w tym kierunku, więc zamiast na chwaleniu się rezultatami, chciałam skupić się na pewnej pozytywnej stronie tego doświadczenia. 

      Mam sporo ubrań. Większość z tych ubrań jest fajnych i je lubię. Mam całkiem ustabilizowany gust i wiem mniej więcej, w czym dobrze wyglądam, a czego nie powinnam nawet próbować brać do przymierzalni, więc jak coś kupuję, to z reguły jestem z tego zadowolona. Problem jest raczej w ilości. Jak się posiada dziesięć całkiem fajnych spódnic, to z reguły nie ma szansy, żeby każdą z nich założyć przynajmniej raz na pół roku. Szczególnie, że pewnie nie jestem jedyną osobą, która lubi upraszczać sobie życie i mniej lub bardziej świadomie przywiązuje się do pewnych zestawów. I w ten sposób 5 bluzek noszonych jest na okrągło, a 20 innych tylko zabiera miejsce. Zanim jednak wdrożę zaawansowane techniki optymalizacji garderoby (o których zapewne innym razem), to chciałam się przyjrzeć dobrze temu, co tam już jest.

      W trakcie ostatnich porządków w szafie, przede wszystkim przymierzyłam każdą rzecz, której nie miałam na sobie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy i sprawdziłam, jak w niej się czuję. W ten sposób, chociaż udało mi się nazbierać dwa worki rzeczy do oddania i wyrzucenia (bo znalazły się w sposób naturalny rzeczy, które się już zniszczyły, nie pasują na mnie albo przestały mi się podobać), to nie zostałam z poczuciem straty, a wręcz przeciwnie - w jakiś sposób "odzyskałam" bardzo fajne ubrania, które ukrywały się przede mną na dnie szafy. 

      Okazuje się, że ograniczanie ilości wcale nie musi oznaczać zubożenia garderoby. Wystarczy od czasu do czasu potraktować zakamarki własnej szafy jak przymierzalnię sklepu z ubraniami i wyszukać jakąś perełkę i potraktować jak nowy fajny ciuch.

      I żeby było choć trochę minimalistycznie, to podsumuję następująco: "Buy less, wear more" (Gok Wan).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2012 17:45