Wpisy

  • wtorek, 19 stycznia 2016
    • Remanenty

      Jednym z zadań, które pozostały mi po poprzednim Wyzwaniu Minimalistki było uporządkowanie i możliwe zminimalizowanie zbiorów zdjęć, papierowych i elektronicznych. Ponieważ moje papierowe zdjęcia ciągle są w starym mieszkaniu, to postanowiłam zabrać się za bałagan w folderach na moim komputerze. Nie mogę powiedzieć, żebym odniosła jakiś wielki minimalistyczny sukces, ale porządek udało mi się wreszcie tam zrobić, z czego jestem bardzo dumna. Jeżeli chodzi o kasowanie, to jest trudno, bo są to zbiory, do których jestem emocjonalnie przywiązana. Zdaję sobie jednak sprawę, że ciężko wracać do setek, czy nawet tysięcy zdjęć, więc w efekcie nie wracam do nich prawie nigdy. Dla podtrzymania sentymentu pewnie lepsze byłyby wyselekcjonowane pojedyncze egzemplarze (jak w starych papierowych albumach) które łatwo i szybko przywołają wspomnienia i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze podejmę jeszcze wysiłek zmierzający w tym kierunku. To był dobry pierwszy krok.

      Za to przy okazji zrobiłam inne wirtualne porządki, które długo odwlekałam w czasie, a które były już bardzo potrzebne. To tak w duchu, że Wyzwanie prowokuje mnie do pożytecznych aktywności pod warunkiem, że nie wpisałam ich sobie na listę.

      Udało mi się też zrealizować punkt związany z porządkiem w piżamach, co było dla mnie samej pewnym zaskoczeniem, bo nie była to pierwsza taka próba. Wystarczyło jednak spojrzeć na nie świeżym okiem i zastosować kilka prostych, podstawowych zasad - wyrzucamy wszystko, co jest zniszczone, niewygodne, niepasujące do mojego stylu i jest ze "złych" materiałów. Chwila stresu i wszystkie moje piżamy, poukładane systemem Marie Kondo mieszczą się w jednej niewielkiej szufladce. Przy okazji ten banalny w swej prostocie system układania ubrań zrewolucjonizował organizację mojej szafy. Nie wiedziałam, że utrzymanie porządku w szufladach i pudłach może być takie proste.

      Poległam za to przy próbie zrobienia remanentu w t-shirtach i chyba na jakiś czas sobie odpuszczę to zadanie, robiąc tylko niewielkie korekty przy okazji kolejnych wymian Kapsuły. Po prostu w tej kategorii ten podstawowy etap mam dawno za sobą i zostały mi głównie egzemplarze, które chcę nosić. Owszem, jest ich za dużo na moje potrzeby i w idealnej szafie miałabym ich o połowę mniej, ale nie jest to wystarczający powód, żeby je wyrzucać. Dodatkowy kłopot mam z koszulkami pamiątkowymi, których pozbywanie się podlega swoim własnym zasadom.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 stycznia 2016 21:53
  • sobota, 16 stycznia 2016
    • Okrycia wierzchnie - cz. II

      Kryterium, które przyjęłam jest to, że uwzględniam tu okrycia wierzchnie, które nie nadają się do przebywania w pomieszczeniu. Dlatego nie ma tu na przykład skórzanego żakietu, który wiosną i latem służył mi jako kurtka, ale jest kilka ubrań pośrednich do noszenia, kiedy temperatura jest pomiędzy 10 a 20 stopni, czyli w Polsce tak naprawdę całą wiosnę, lato i jesień.

      Pierwsze ubranie, to bawełniany płaszcz She's a Riot. Jest on minimalistyczny w formie, ale na pewno nie znalazłby się w mojej szafie, gdybym rygorystycznie ograniczała takich elementów mojej garderoby. Ponieważ jednak bardzo go lubię, to zostanie ze mną, aż się zużyje. Noszę go w temperaturach raczej powyżej 15 stopni, najchętniej z golfem albo kominem ze względu na duży dekolt. W tym roku dostałam też od Mamy cienką czapkę w czarno-białe pasy, która świetnie do niego pasuje.

      Druga kurtka pod względem grubości to lekko już sfatygowana asymetryczna fioletowa skórzana kurtka z Ochnika. Jest to dla odmiany ubranie bez którego nie wyobrażam sobie mojej szafy. Na najniższe temperatury trzeba ją trochę dozbroić, więc w tym roku często nosiłam ją pod grube poncho.

       

      Kolejna rzecz to mój barokowy płaszcz Desigual, raczej na niezbyt skrajne temperatury wiosną i jesienią. Tej jesieni na przykład nie zdążyłam go założyć, bo najpierw było na niego zdecydowanie za ciepło, a potem już potrzebowałam czegoś więcej. Nie jest on też niezbędnym elementem w mojej szafie, ale zdecydowanie najbardziej efektownym, więc na pewno się go nie pozbędę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      sobota, 16 stycznia 2016 12:04
  • piątek, 15 stycznia 2016
    • Okrycia wierzchnie - cz. I

      Od pierwszych jesiennych dni chodził za mną pomysł na wpis o odzieży wierzchniej. Chociaż nie uwzględniam ich w planowaniu Kapsuły, to też podlegają one podobnym zasadom - chciałabym mieć ich optymalną ilość i staram się w związku z tym monitorować ich wykorzystanie. Ten wpis ma mi to w jakiś sposób uporządkować, zaczynając od tego, czego ostatnio używam najczęściej.

      Kiedy temperatura spada poniżej 11 stopni, dla mnie zaczyna się zima. Stąd też potrzebuję lekkiej kurtki zimowej. Przez ostatnie kilka lat nosiłam egzemplarz, który kupiłam kiedyś na szybko w Białymstoku głównie dlatego, że w pociągu porwałam kurtkę, w której przyjechałam i było mi wstyd w takiej chodzić. Nie był to zakup idealny - kurtka jest w kolorze, w którym nie jest mi specjalnie dobrze, jest wypełniana jakimś sztucznym tworzywem, więc mocno nie grzeje i jeszcze do tego jest tak uszyta, że przepuszcza czasem wiatr. Ale jest wygodna i lekka, a po owinięciu się szczelnie szalikiem całkiem dobrze sprawdza się w łagodniejsze zimowe dni. Właśnie jednak leci do mnie jej zamiennik, który, mam nadzieję, będzie dużo bardziej perfekcyjny.

      Ten czarny wełniany płaszcz kupiłam głównie na okazje, kiedy wypada założyć również na wierzch coś bardziej eleganckiego. Nie jest to idealny krój - płaszcz jest wg mnie trochę za szeroki, ale dzięki temu jest też niesamowicie wygodny. Za to jego skład gwarantuje, że w nim nie marznę. W tym roku nosiłam pod nim dodatkowo cienką skórzaną kurtkę i nie było mi straszne nawet minus 15 stopni. Uwielbiam też go nosić z wełnianą chustą - czuję się wtedy jak rosyjska księżniczka.

        

      Ze względu na to, że ja zwykłe kurtki "puchowe" noszę przy temperaturach plusowych, musiałam też zaopatrzeć się w coś bardziej fachowego. Zależało mi też jednak na tym, żeby nie była to kurtka sportowa i żeby była z firmy gwarantującej jakość i technologię zapewnienia komfortu termicznego. Ponieważ jednak nie chciałam też wydać na nią fortuny, to do wyboru miałam tylko wzory, które dotrwały do wyprzedaży i stanęło na złoto-miedzianej kurtce Wellensteyn z ogromnym kapturo-kołnierzem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 15 stycznia 2016 21:31
  • poniedziałek, 11 stycznia 2016
    • Listopad i grudzień - cz. II

      I już są zdjęcia. Muszę przyznać, że całkiem dobrze się przy tym z Jackiem bawimy przy tych sesjach i ta frajda jest też całkiem istotną zaletą Kapsuły. Nie mówiąc o korzyściach z takiej dokumentacji fotograficznej, która pozwala spojrzeć na zestawienia zupełnie innym okiem.

      Na zdjęciach nie ma czterech ubrań z listy - jedną bluzkę zostawiłam Mamie i nie mogłam z niej skorzystać podczas sesji, a dwóch ubrań ostatecznie w ogóle nie założyłam. Była to "pracowa" szara sukienka (której się to już wcześniej zdarzało) i dżinsowa koszula, którą zazwyczaj noszę często, a widać tym razem trochę miałam jej dosyć. Jedną czarną koszulkę już z rozpędu schowałam do kartonu i w trakcie sesji postanowiłam zastąpić ją inną, z "imprezowej" kolekcji.

      Z pozostałych rzeczy uzbierało się 13 zestawów. Zaczynam od najbardziej eleganckich.

      Zestaw z Wigilii - czarna prosta spódnica z The Limited, czarna bluzka z długim rękawem Orsay i piękna lśniąca kamizelka od Mamy.

      Elegancko do pracy, chociaż sprawdziłoby się też poza nią - czarne materiałowe spodnie z C&A i kolorowa góra z polskiej firmy Vippi.

      Kolejny strój dobry i do biura i na świąteczną wizytę - czarna rozszerzana spódnica i oryginalny sweter Simple, który aż prosi się o jakiś ładny wisiorek - tu czarno złoty od Ani Kruk.

      Spódnica i żakiet są stałymi elementami Kapsuły. Czarna bluzka (a właściwie cienki sweterek), który kupiłam wieki temu w USA wydawał mi się bardzo dobrym jej uzupełnieniem, ale jakoś nie cieszył się moim wielkim uznaniem. Na razie wędruje z powrotem na półkę.

      Ta sama spódnica, szary sweter i koszula kupiona przed laty w Galerii Centrum, która jednak już wyczerpała swój okres przydatności do użycia. W ogóle eksperyment z powrotem do noszenia koszul się specjalnie nie powiódł i więcej z nich będzie opuszczało moją szafę w najbliższym czasie.

      Tej spódnicy z Risk Made in Warsaw nie miałam okazji zbyt często nosić w tej edycji, ale zostaje na kolejną, bo ta gruba mięsista bawełna jest idealna na tę porę roku. Do tego mój ulubiony t-shirt w paski z C&A i cienki wełniany sweter z Bentettona, Made in Europe. Niestety trochę się filcuje, ale i tak jest mi niezbędny do szczęścia.

      Czarno-biały sweter z Big Star (made in Poland) i prosta spódnica z moimi ulubionymi kozakami. 

      Jeden z moich ulubionych zestawów tej edycji. Gruby błękitny sweter z C&A grzeje pomimo kiepskiego składu i był jednym z niewielu kolorowych elementów tej garderoby. Do tego niezastąpiona szara spódnica z The Limited.

      Tu trochę gorsza kombinacja z szarym t-shirtem Top Secret i niebieską wersją rozpinanego swetra z Benettonu. Każdy element oddzielnie sprawdzał się jednak doskonale.

      Czarny na wpół wełniany golf z Benettona (też się już trochę zniszczył, ale nadal jest cudowny) oraz wełniana kamizela Messo tym razem z granatowymi rurkami Calvin Klein.

      I przechodząc do strojów trochę mniej formalnych. Chociaż na szczęście moja praca pozwala na założenie każdego z nich.

      Niebieskie dżinsy Levisa, moja ulubiona bawełniana bluza, tym razem z niebieską bluzką z Simple (jedną z trzech niebieskich rzeczy w tym zestawie).

       

      Mój ulubiony zestaw weekendowy, chociaż Jacek się ze mnie śmieje, że to podróż w lata 90-te - upolowana w USA koszula w czarno-białą kratkę z czarnymi rurkami i do tego pasujące nauszniki... 

      I najbardziej na luzie/imprezowo - błyszcząca koszulka z zieloną drażetką M&M z firmowego sklepu w Las Vegas, czarne rozszerzane Levisy i skórzany żakiet.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 stycznia 2016 18:03
  • niedziela, 10 stycznia 2016
    • Listopad i grudzień - cz. I

      Zazwyczaj podsumowuję edycję w momencie prezentowania sesji ze zdjęciami, ale tym razem zadziało się parę rzeczy, które chciałam udokumentować w oddzielnym wpisie. Zdjęcia już są, więc druga część podsumowania powinna być jutro.

      Najpierw podmianki. Po pierwsze zauważyłam, że w tej edycji znalazło się więcej niż zwykle nietrafionych wyborów, więc było z czego podmieniać nawet w drugiej połowie grudnia. A i tak skończyłam edycję z dwiema rzeczami, których nie założyłam ani razu. Po drugie z urlopu u Rodziców wróciłam z nowymi nabytkami, dla których musiało się w Kapsule znaleźć miejsce. Była to kamizelka ręcznej roboty mojej Mamy oraz idealna bawełniana koszula w biało-czarną kratę, która była na liście moich wymarzonych zakupów przez większość tego roku. Z tego też względu przymknęłam oko na jej azjatyckie (acz nie chińskie) pochodzenie. Ostatnia podmianka wynikła ze zwykłej pomyłki, gdyż któregoś dnia założyłam sweter, którego nie wpisałam na listę, więc musiałam go potem tam go jakoś wcisnąć.

      Największym wyzwaniem tej Kapsuły był urlop. Pogoda w miejscu docelowym nie okazała się być tak bardzo odmienna od polskiej, więc tu problemów nie było, ale nadal było to ciekawe ćwiczenie zarówno w pakowaniu (które w tej sytuacji ograniczonego wyboru okazało się bajecznie proste), jak i używaniu przez dwa tygodnie tylko połowy ubrań. Nie tylko okazało się to wystarczające, ale też nie spowodowało u mnie żadnego dyskomfortu wynikającego z jakichś znaczących braków. Bardzo się z tego cieszę.

      Dodatkowe ograniczenia wynikały z mojego zapominalstwa - jedną rzecz zostawiłam u znajomych, a drugą u Mamy w szafie - i musiałam się bez nich przez kilka tygodni obejść.

      Zgodnie z przewidywaniami w okołoświątecznym okresie korzystałam też z mojej "wyjściowej" szafy i cieszę się, że ją mam, chociaż nadal wydaje mi się, że zajmuje ona nieproporcjonalnie dużo miejsca, jak na częstotliwość, z którą korzystam z tych ubrań. Może po karnawale przyjdzie czas na kolejny remanent w tej dziedzinie. Poniżej jedno ze zdjęć z sesji, właśnie z taką "imprezową" bluzką:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 stycznia 2016 16:34