Zdrowie

  • środa, 04 lutego 2015
    • 10 000 kroków

      Jakiś czas temu kolega z wielkim zapałem zachwalał nam trzymanie się zasady wykonywania 10 tysięcy kroków dziennie jako wyznacznika odpowiedniej dawki codziennej aktywności. Później spotkałam się z tym pomysłem kilkakrotnie, a mój pracodawca nawet zalecał pobieranie aplikacji na telefon, która pozwalałaby tę ilość kroków śledzić i następnie raportować do korporacyjnej bazy danych. Pobieżne przeszukanie internetu prowadzi do wniosku, że jest to również rekomendacja Światowej Organizacji Zdrowia, chociaż niestety nigdzie nie znalazłam oficjalnego potwierdzenia tego faktu.

      Osobiście zainteresowałam się bardziej tym tematem po tym, jak w moim najlepszym na świecie zegarku odkryłam opcję Krokomierza. Pierwszym etapem było zorientowanie się, ile kroków dziennie wykonuję bez zwracania na to uwagi oraz dodatkowego wysiłku. W moim przypadku okazało się, że standardowy dzień z dojazdem do pracy komunikacją miejską daje mniej więcej 5000 kroków. Postanowiłam więc poszukać sposobów, żeby to zmienić bez specjalnego poświęcania czasu na chodzenie dla chodzenia i obecnie moja średnia oscyluje między 8500 a 10500 kroków dziennie.

      Najprostszym sposobem jest wydłużenie drogi do pracy pokonywanej piechotą. Od jakiegoś czasu wysiadam z tramwaju jeden przystanek wcześniej i cieszę się dotlenieniem mózgu i całkiem sympatycznym spacerem przed rozpoczęciem biurowego dnia. Wyjściem bardziej ekstremalnym jest wysiadanie z metra o jedną stację wcześniej w drodze powrotnej do domu. Ze względu na położenie stacji, częściej mi się to zdarzało, kiedy mieszkałam pod poprzednim adresem, ale staram się o tej opcji nie zapominać.

      Drugi fajny sposób, to zaplanowanie sobie po pracy albo w weekend załatwienia lub kupienia czegoś w miejscu, do którego da się w sensownym czasie dojść zamiast w takim, do którego można podjechać pod same drzwi. Ta rada niestety jest dokładnie odwrotna od rad dotyczących oszczędzania (widziałam ją nawet gdzieś w formie - zamiast pić kawę w biurze, idź do kawiarni), ale przy odrobinie samozaparcia i ostrożności myślę, że da się to jakoś pogodzić. Zresztą nawet bardzo oszczędni ludzie muszą czasem zanieść buty do szewca, zajść do fryzjera, czy do jakiegoś biura obsługi klienta.

      Podobną zasadę warto stosować do przerw w pracy. Nawet jeżeli z różnych przyczyn zrezygnowałam z wychodzenia na obiad do okolicznych barów i stołówek, to tak czy inaczej staram się kilka razy w tygodniu zrobić krótki spacer do innego budynku w sprawach zawodowych albo w ramach zasady "coś za coś" zachodzę do sklepiku po napój albo mniej lub bardziej zdrową przekąskę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      środa, 04 lutego 2015 18:13
  • poniedziałek, 15 października 2012
    • Spacer

      Niestety jest już połowa października i muszę zaakceptować fakt, że coroczny wrześniowy przypływ energii w tym roku też nie potrwał zbyt długo. Parę dobrych nawyków opisanych na tym blogu mi zostało, ale na nowe przedsięwzięcia na razie nie mam energii.

      Żeby jednak nie kapitulować zbyt łatwo postanowiłam napisać dzisiaj o spacerach. Nie należę do przesadnie aktywnych osób, ale spacery akurat lubię. Pod warunkiem, że ktoś nie rozumie przez to pojęcie 15-kilometrowego marszu przez Warszawę w upalny dzień. 

      Dzisiaj w porze lunchu musiałam coś załatwić i akurat najsensowniejszą metodą dostania się w to miejsce było przejście na piechotę chodnikiem między szerokimi trawnikami, na których rosły dorodne kasztany. Dzisiaj w Warszawie w dzień było ponad 15 stopni Celsjusza i świeciło słońce, więc niewiele więcej potrzebowałam do szczęścia. Nie mam niestety zdjęć ani z samej trasy, ani pojedynczych przepięknych liści, których od paru tygodni nie zbieram głównie dlatego, że staram się już nie znosić do domu rzeczy tylko dlatego, że są fajne. W moim ciągle jeszcze zagraconym mieszkaniu nie byłoby szansy na to, by je jakoś wyeksponować i by mogły cieszyć oko.

      Samotny spacer jest namiastką podróży, świetnie nadaje się na przemyślenie różnych spraw, odreagowanie stresów i emocjonujących sytuacji. Jak jest mi źle, to najgorsze co mogę zrobić, to ulec instynktowi i skulić się pod kocem. Na pewno wtedy będzie coraz gorzej. Ruch, świeże powietrze, a nawet zmęczenie, uspokajają mnie, pozwalają spojrzeć na świat z innej perspektywy. Świat zewnętrzny, szczególnie tak piękny jak dzisiaj, jakieś ładne drzewo, kwiat, chmura, światełka (jedyna fajna rzecz w coraz wcześniejszych wieczorach), ludzie dookoła, to wszystko każe się uśmiechnąć i pomyśleć, że dobrze jest.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Spacer”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 października 2012 22:02
  • piątek, 28 września 2012
    • Stres

      Byłam właśnie na dwudniowym szkoleniu o radzeniu sobie ze stresem. Jestem bardzo ciekawa, czy na dłuższą metę coś się w moim podejściu do świata z tego powodu zmieni, ale muszę przyznać, że usłyszałam tam parę interesujących rzeczy, którymi chętnie się podzielę.

      Po pierwsze - oczywista oczywistość - nie należy przejmować się rzeczami, na które nie ma się wpływu. Akceptować rzeczywistość taką jaka jest. Poświęcać energię na wymyślenie i zrealizowanie tego, co ja mogę w danej sytuacji zrobić (nad czym mam kontrolę), a nie zmianę obiektywnych okoliczności. 

      Na przykład wczoraj w prywatnej przychodni było półgodzinne opóźnienie w przyjmowaniu pacjentów, a ja się spieszyłam na brydża. Oczywiście w pierwszej chwili się wściekłam. Potem jednak chwilę pomyślałam i doszłam do następujących wniosków. Po pierwsze, odpowiadając sobie na kluczowe pytanie "po co to robię?", nie znalazłam absolutnie żadnej korzyści, którą mogłabym osiągnąć złoszcząc się czy wszczynając awanturę. Po drugie, doszłam do wniosku, że nie mogę zrezygnować z tej wizyty. To nie pozostało mi nic innego niż wyciągnąć komórkę ze ściągniętym ostatnim numerem "Polityki" i czekać. Przepraszaniem znajomych za spóźnienie też zajęłam się po dojechaniu na miejsce, zamiast przejmować się tym na zapas.

      Jednak najbardziej zaskakującą propozycją wynikającą z tego szkolenia jest unikanie konfliktu (prawie) za każdą cenę. Odpuszczanie. Nie mogłam tego zaakceptować, ponieważ dla mnie oznaczało to poddanie się bez walki, porażkę, chociaż doskonale wiem, ile energii kosztuje mnie konflikt. Po każdej sytuacji, w której nie panuję nad emocjami, to ja czuję się, jakby mnie przejechał czołg. Osoba, na którą się wkurzyłam często tego nawet nie zauważa, a ja chodzę jak struta przez trzy dni. Więc, co jest warte takie zwycięstwo? I ile produktywnych rzeczy można zrobić z tak zaoszczędzoną energią?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2012 22:42
  • czwartek, 06 września 2012
    • Woda

      Kiedy zaobserwowałam u siebie pierwsze objawy wewnętrznej przemiany zainspirowanej minimalizmem, byłam bardzo ciekawa, jak to się dalej potoczy. Jeszcze jest za wcześnie, żeby wyciągać daleko idące wnioski, ale parę ciekawych rzeczy się wydarzyło.

      Jedną z najbardziej zaskakujących zmian, jakie u siebie zaobserwowałam, było przełamanie mojej wieloletniej niechęci do picia zwykłej niegazowanej wody. Od lat czytałam, że to zdrowe, wiele razy próbowałam i zawsze się kończyło tak samo. Jak nie miałam przy sobie nic innego do picia, to mogłam przetrwać kilkugodzinną podróż pociągiem w środku lata, a butelki nie otworzyłam.

      Ratowałam się różnymi herbatkami, które zawsze mniej lub więcej musiałam posłodzić i smakowymi wodami, do których (szczególnie polscy) producenci upierają się dosypywać jakieś absurdalne ilości cukru. Wiedziałam, że źle robię, ale nie mogłam przestać.

      Dlatego, kiedy pewnego dnia na obiedzie poczułam silną potrzebę zamówienia do pizzy wody zamiast standardowej butelki coca-coli (no bo jak to, pizza bez coli?), to bardzo mnie to zaskoczyło. A jeszcze bardziej się zdziwiłam, że woda z cytryną bardzo mi smakowała i wypiłam ją do końca zamiast standardowych dwóch-trzech łyków. I tak sobie to trwa już od ponad tygodnia. W domu nawet pokusiłam się o przygotowanie sobie dzbanka wody z cytryną i miętą, co było zupełną rozpustą. A zgromadzone zapasy słodkiej wody dopijam, bo tak szybciej i łatwiej, ale jakoś to już nie to.

      Do opisania tego dzisiaj zainspirował mnie kolega, który opowiadał, jak się zezłościli z żoną, że pani przedszkolanka dała jego dziecku kompot, chociaż dziecko do tej pory piło tylko wodę. I pomyślałam ze smutkiem, że ono za 30 lat pewnie się nie ucieszy, że jest lepsze niż kiedyś, bo oduczyło się pić tylko słodzone napoje. A ja cieszę się z tego bardzo. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      agai3
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2012 20:52